Pierwsze mecze kadry Raula Lozano obejrzałem w telewizorze. Rozpoczynała się krótka, acz burzliwa, era Argentyńczyka. Reprezentacyjną sławę oraz honory przejmowało też powoli od starszych zawodników kilku siatkarzy pokolenia Mariusza Wlazłego i Michała Winiarskiego. Wtedy rozegrali niemal wszystkie mecze, w których stanowili o sile składu. Wysiłki oraz liczne zwycięstwa zaowocowały awansem do turnieju finałowego Ligi Światowej.
15 lipca 2005, kończąc oglądać seta numer 1, wygranego przez Estończyków, nie przypuszczałem jeszcze w jaki sposób spędzę dwa następne dni. VIP-owskie bilety wstępu na mecze Turnieju Kwalifikacyjnego do Mistrzostw Świata 2006 roku w piłce siatkowej stały się przedmiotem transakcji gotówkowej ze znajomą osobą. W ten sposób popołudnie 16 lipca spędziłem w podnieceniu na krótkich przygotowaniach, a na godzinę przed meczem stałem już przy niedawno wybudowanej hali Podpromie. Obiekt, mogący pomieścić kilka tysięcy osób, okazał się nieklimatyzowany. Za nawiew powietrza odpowiedzialni byli więc kibice wyposażeni w białe lub czerwone kartki.
Przemieszczając się po hali, szczególnie po strefie dla VIP-ów, zobaczyłem ludzi, którzy znani są kibicom siatkarskim ze szklanego ekranu. Trenerzy, zawodnicy oraz dziennikarze stali ode mnie na odległość kilku metrów. Młodego chłopaka zdziwiło to, że oni też muszą jeść, gasić pragnienie, lubią rozmawiać o przyziemnych sprawach, a niektórzy mają zmęczone twarze lub podkrążone oczy. Ubiorem nie różnią się od zwykłych ludzi. Na szczęście zupełnie nie zwracali na mnie uwagi. Dzięki temu mogłem się napatrzeć jak, stojąc w kilku grupach, witają się serdecznie z nowo przybyłymi znajomymi, jaką mają gestykulację i mimikę na co dzień. Próbowałem też usłyszeć cokolwiek z ich rozmów, jednak nie chciałem robić tego w sposób wścibski, toteż dolatywały mnie tylko strzępy zdań.
Każdego dnia, w owej strefie ograniczonego wstępu, stoły uginały się od ilości jedzenia. Wstyd mówić, ale chętnie rzuciłbym się na te ciasta i owoce niczym hiena. Oprócz tego nie brakowało mięsa i dań ciepłych – przynajmniej przez moment. O napojach nie wspominając, było tego dużo. Moja nieśmiałość spadła po namowach znajomych oraz obserwacji dużej ilości osób konsumujących. Szczególnie zaskoczył mnie fakt, że pewien posiadacz znanego siatkarskiego nazwiska nie odchodził od automatu z piwem.
Po pierwszym dniu polscy siatkarze mieli na koncie wygraną z Estonią. Bułgarzy nie dali rady Rosjanom. Ekipa Zorana Gajicia miała do rozegrania mecz z wybrańcami Lozano dopiero w niedzielę. Realnie patrząc, aby myśleć o awansie trzeba było pokonać bułgarskich zawodników, w których szeregach występowali Konstantinov, Kazijski oraz, zakontraktowany po tym turnieju przez Skrę Bełchatów, Ewgienij Ivanov. Bilans kilku ostatnich spotkań z Bułgarami był dla Polaków niekorzystny, jeszcze skromniej wyglądała liczba zwycięstw nad Rosją. Sporym szczęściem dla biało-czerwonej dwunastki było to, że spotkanie z Rosją, po ewentualnej porażce Bułgarii z naszą reprezentacją, miałoby tylko charakter sparingu.
Mecz był zacięty i na dobrym poziomie. Bardziej niż wygraną 3:1 pamiętam świetną atmosferę tego wieczoru. W niedzielę Bułgarom pozostało jedynie wygrać z Estonią i pojechać do Warny, aby na swoim terenie skorzystać z ostatniej możliwości kwalifikacji do MŚ.
Niedziela, 17 lipca 2005 roku, to było wielkie, siatkarskie święto. Gadżety w narodowych barwach, zdjęcia oraz autografy od sławnych osób, były dla mnie równie ważne jak sam mecz. Każda piosenka dopingująca polskich siatkarzy, a nade wszystko Mazurek Dąbrowskiego, sprawiała, że moje serce rosło. Takiego wzruszenia i poczucia jedności nie da się opisać. Tam trzeba być. Fantastyczne było też to, że po dwóch przegranych setach, nadzieja w kibicach wcale nie umarła. Lekkie rozluźnienie Rosjan pozwoliło Polakom doprowadzić do tie-breaka. Ostatecznie, po walce punkt za punkt, piąty set okazał się zwycięski dla rosyjskich siatkarzy. Polacy wzięli rewanż rok później, na ważnej imprezie, co cieszyło podwójnie.
Z meczów tych, oprócz pięknych wspomnień, wywiozłem osobistą refleksję dotyczącą kibiców. Gdy się przyodziewamy w narodowe barwy oraz zdzieramy gardła śpiewając, kiedy przybijamy sobie „piątkę” po udanej akcji, a podczas przerw w grze dostarczamy nieco chłodu spoconym zawodnikom – znikają troski i problemy. Z twarzy nie schodzi szczęśliwy uśmiech, myśli zaprzątnięte mamy tylko widowiskiem. Jest jeszcze jedna fantastyczna rzecz – to jedność. Biało-czerwona koszulka potrafi dużo zmienić. Człowiek oznacza w ten sposób siebie jako przyjaciela. Bo czy na co dzień nie czynią sobie Polacy, często dla przyjemności, różnych złośliwości? Czy nie odzywają się po chamsku do siebie nawzajem? Tutaj na hali sportowej, wokół niej i w pobliżu, nic takiego nie ma miejsca. Kiedy nadepnie się komuś na stopę lub zajmie jego miejsce, człowiek natychmiast naprawia swój błąd i mówi: „Wybacz, przyjacielu!”, a ten z uśmiechem odpowiada: „Bracie, nic nie szkodzi”. I wszystko jest dobrze, jest miło i przyjemnie. Łączy nas polska reprezentacja siatkarska. Bycie z nią podczas ważnych rozgrywek to służba i zaszczyt. Bycie polskim kibicem przecież zobowiązuje.


Najnowsze komentarze