Zakopane

Przy okazji meczów Mundialu w RPA często słyszymy opinie na temat niecodziennego sposobu dopingowania – dmuchania w trąbę. Ten wydający dźwięk przedmiot nosi nazwę wuwuzela. Piłkarzy i kibiców denerwuje ten tradycyjny od pokoleń zwyczaj trąbienia. W Polsce już od wielu lat widzę u kibiców różnych dyscyplin takie same „instrumenty”, wydające ten sam hałas. Mam więc mieszane uczucia, kiedy słyszę, że to domena wyłącznie Afrykanów.

Najbardziej pamiętam owe trąby z Letniego Grand Prix w Zakopanem, w 2009 roku. Wtedy używano „wielkiej trąby” zamiast oklasków. Wszyscy posiadający owe plastikowe przedmioty na dany sygnał wydawali jednocześnie dźwięk.

Nie mam wątpliwości, że popularność skoków narciarskich w Polsce jest wyłącznie zasługą Adama Małysza. Delikatnie mówiąc inni polscy skoczkowie w ogólnym rozrachunku skaczą słabiutko. Nie prezentują się dobrze nawet na własnym terenie. Niestety po zakończeniu kariery przez Małysza polskie skoki czeka miernota i śmieszność.

Z ludzką pamięcią bywa tak, że okazuje się często zawodna lub w najlepszym przypadku wybiórcza. Dlatego też z tych zawodów, które odbyły się niemal 10 miesięcy temu, dobrze pamiętam wszystko oprócz klasyfikacji w poszczególnych konkursach. Pogodę, wygląd skoczni, organizację zawodów, a nawet to, co jadłem – wszystko mam dość wyraźnie w pamięci. To o czym zapomniałem pomógł mi odświeżyć Internet. W nim jednak nie sposób znaleźć atmosfery zawodów. Dlatego też, żartobliwie mówiąc, ja i Internet nawzajem się uzupełniamy. Read more of this post

Katowice 2007

Katowicki Spodek w całej okazałości.

Katowicki Spodek w całej okazałości.

Siatkarski rok 2007 zapamiętany zostanie jako kolejny początek regresu wykonanego przez reprezentację Polski w tym sporcie. Tuż po udanych mistrzostwach świata w Japonii zapanowała euforia. Błyskawicznie zapomniano o nieudanym finale, a wspaniała dwunastka, wraz z trenerem Raulem Lozano, dumnie mogła wpisać w swoje CV srebrny medal mistrzostw świata. Każdy mecz Polskiej Ligi Siatkówki był okazją do wręczenia osrebrzonym siatkarzom pamiątek – dowodów miłości i uznania od polskiego środowiska siatkarskiego.

Od czwartego kwartału 2006 roku uwierzono, że tylko świetna reprezentacja Brazylii, z którą Polacy rozgrywali za każdym razem wyrównane mecze – i to już od IO 2004, jest w stanie zagrozić siatkarzom Lozano. Oprócz mitu Argentyńczyka, w ostatnich latach wyrósł mit polskiego kibica – najlepszego na świecie. Wielu zagranicznych gości uwierzyło w te pogłoski, kiedy mieli okazję sami się przekonać. Zaowocowało to przyznaniem Polsce organizacji wielu siatkarskich imprez międzynarodowych, w tym turnieju finałowego Ligi Światowej – Final Six. Oprócz gospodarzy, którzy zajęli w swojej grupie I miejsce, do Katowic przybyli Bułgarzy, Rosjanie, Amerykanie, Francuzi i oczywiście wielka Brazylia. Biało-czerwoni w pierwszym w swojej grupie meczu zagrali z Francuzami i odnieśli trudne zwycięstwo 3:2. Cała drużyna zagrała dobrze i pokazała, że jest mocna. Następnego dnia USA pokonały Francję i wraz z Polską miały zapewniony półfinał. W bezpośrednim meczu nasi pokonali amerykańskich siatkarzy, którzy po zimnych kalkulacjach odpuścili ten mecz po to, by w półfinale trafić na teoretycznie słabszą Rosję. Wyliczenia okazały się skuteczne, ale i tak Rosja znalazła się w półfinale. W drugiej grupie trzy zespoły odniosły po jednym zwycięstwie. Brazylijczycy okazali się zespołem do ogrania. Po tie-breaku sztuki tej dokonali Bułgarzy. Jednak, po porażce z Rosją i po wygranej Brazylii nad Sborną, mieszkańcy Bałkanów wracali do domu. Canarinhos pokazali charakter i po walce pokonali Polskę 3:1. w finale po raz drugi nie dali rozwinąć skrzydeł Rosjanom. Natomiast kadrowicze Lozano powtórzyli swój najlepszy wynik i, tak jak w 2005 roku, zajęli 4. miejsce.

Możliwość znalezienia się w Spodku otrzymałem dzięki temu samemu przyjacielowi, który zaoferował wyjazd do Rzeszowa dwa lata wcześniej. Półfinały i mecze o pozycje medalowe obejrzałem więc na żywo. Z braku czasu nie zarezerwowane zostały noclegi, dlatego też zaznałem wtedy, oprócz emocji siatkarskich, również życia w stylu harcerza, ewentualnie włóczykija.

Hala w Spodku, jeszcze wtedy nieklimatyzowana, pomieściła 11 tysięcy kibiców. Była świetna atmosfera i doping, za co podziękował Piotr Gruszka po ostatnim spotkaniu.

 

Do hymnu! Amerykanie i Polacy przed meczem o 3. miejsce. Odgrywany jest hymn USA.

Do hymnu! Amerykanie i Polacy przed meczem o 3. miejsce. Odgrywany jest hymn USA.

Po roku amerykańska ‘7’, w składzie: William Priddy, David Lee, Tom Hoff, Riley Salmon, Richard Lambourne, Lloy Ball oraz Clayton Stanley, zwyciężyła w Lidze Światowej oraz Igrzyskach Olimpijskich. W następnym roku wiele krajów dokonało poważnych zmian w składach oraz sztabach szkoleniowych. Niektóre reprezentacje potrafiły zrobić to niemal bezboleśnie i ich gra wygląda od lat bardzo dobrze. Najbardziej nie mogą się po tych zmianach otrząsnąć właśnie Amerykanie.

Po Lidze Światowej odbyły się, w Moskwie i Sankt Petersburgu, Mistrzostwa Europy. Pierwsze miejsce zajęli w nich Hiszpanie, w finale pokonując Rosjan. Na tej imprezie polscy siatkarze wprawili w konsternację wszystkich kibiców nad Wisłą. 11. miejsce pół roku przed olimpiadą, to był wynik określany jako totalna kompromitacja. Starsi o rok wicemistrzowie świata zaprezentowali się gorzej od takich „potęg” siatkarskich jak Belgia i Finlandia. W następnym roku pokazali, że skutecznie potrafi z nami rywalizować Czarnogóra oraz Estonia. Spowodowało to spadek uwielbienia dla Raula Lozano. Jego zachowanie wobec Polaków także sprawiło, że czar prysł, a po jego wyjeździe wszyscy odetchnęli z ulgą.

Pamiątkowa, wspólna fotografia z Ryszardem Boskiem.

Pamiątkowa, wspólna fotografia z Ryszardem Boskiem.

W katowickim Spodku panowała bardzo wysoka temperatura.

W katowickim Spodku panowała bardzo wysoka temperatura.

Polska-Chorwacja

13 czerwca 2010 roku w warszawskiej hali Torwar odbyło się towarzyskie spotkanie piłki ręcznej. Do Polski przybyli reprezentanci Chorwacji. Dla fanów tego sportu było to z pewnością święto. Dwa dni wcześniej odbył się pierwszy mecz tych drużyn. Biało-czerwoni zwyciężyli 25:24. Radość przyćmiona została fatalną kontuzją najlepszego od lat zawodnika w kadrze, Karola Bieleckiego.

Na kilka dni przed meczem udało się zarezerwować bilety na całkiem przyzwoity sektor. Nie była to perspektywa z jakiej zwykle pokazuje mecz kamera telewizyjna, lecz przyszło mi oglądać spotkanie z narożnika trybun, z czego byłem zadowolony już przed wyjazdem.

Oba zespoły nie wyszły na ten mecz w najsilniejszych zestawieniach, ale mimo to było bardzo ciekawie. Chorwaci grali na luzie, ale z wolą zwycięstwa. Przede wszystkim starali się grać dobrze i wykonywać poprawnie elementy gry. Stuprocentowego zaangażowania nie było widać również u polskich zawodników, i kibiców. Mimo nieco leniwej atmosfery, mecz był wspaniały. Bardzo dobrze, iż to tylko sparing – czasem stres psuje dobre wrażenie. Polacy objęli od początku prowadzenie 4-5 bramkami. Świetnie bronili polscy bramkarze, skuteczni byli gracze z pola. Wynik 24:19 (11:8) oddał w pełni przebieg wydarzeń. W polskiej ekipie pokazało się kilku dobrych, młodych zawodników. Wszyscy oni w tym meczu nosili numery powyżej 40. Może przeznaczone są właśnie dla „żółtodziobów”? Koszulki jednak nie grają. Grają za to ludzie, a tym młodym nie zabrakło woli walki oraz umiejętności. Cieszy niezmiernie, że trener kadry Bogdan Wenta – mający na co dzień przegląd polskiej ligi – wprowadza nowych zawodników, a nie tylko gra w reklamach.

Miłym dla mnie osobiście faktem było to, że Torwar jest klimatyzowany. Litry potu zdążyłem wylać w Warszawie przez dwa dni poprzedzające mecz. Pamiętam także pobyt w katowickim Spodku w 2007 roku, gdzie była bardzo wysoka temperatura. Na meczu szczypiornistów, dużym komfortem był dla mnie brak potu.

Doping na meczu piłki ręcznej mogłem porównać z atmosferą na meczach siatkarskich. Kibice piłki siatkowej wygrywają jednak tę rywalizację. Zaangażowania na Torwarze nie brakowało, choć doping był nieco mniej żywiołowy. Po meczu miałem czerwone od oklasków dłonie oraz nieco zachrypnięte gardło. Zdziwiło mnie natomiast, że hałas na hali okazał się dość wysoki. Nawet po wyjściu na ruchliwą warszawską ulicę, poziom decybeli był nieporównywalnie niższy niż ten na meczu. Potrzebowałem chwili czasu, aby mój słuch wrócił do normy.

Piłka ręczna to sport zdecydowanie miły dla oka. Podobnie jak siatkówka oraz koszykówka wiąże się z kulturalnym i gorącym dopingiem. Te trzy dyscypliny zasługują na to, aby stać się naszym sportem narodowym.

Handball jest jednak dyscypliną szalenie kontaktową. Reprezentanci Polski wyszli na hymn w koszulkach z napisem: „Karol, jesteśmy z tobą”. Trener Bogdan Wenta pozostał w niej przez cały mecz.

Zapowiedzi grzmiały o tym meczu jak o starciu gigantów. Mówiąc szczerze – Polska jeszcze gigantem nie jest. Nasza reprezentacja ma na koncie pięć medali ważnych imprez oraz kilka czołowych lokat na różnych zawodach mistrzowskich. Niewątpliwie jednak jest to grupa wybitnych sportowców, gdyż większość z tych lokat zajęli piłkarze ręczni właśnie w latach 2007-2010. Podsumowując – jest to łącznie 6 sukcesów na mistrzostwach świata, europejskim czempionacie oraz Igrzyskach Olimpijskich. Widać także, że Bogdan Wenta w kolejnych latach dysponował będzie niezłym składem.

VII Dni Otwarte NBP 2010

W ostatni przedwyborczy weekend, w różnych miejscach Warszawy odbyło się wiele ciekawych imprez, takich jak 11. Piknik Olimpijski w parku przy Kępie Potockiej, 14. Piknik Naukowy zorganizowany przez Polskie Radio i Centrum Nauki Kopernik w Parku Rydza-Śmigłego czy spotkanie w Galerii Mokotów z popularnymi Brytyjkami, Trinny i Susannah, znanymi z TVN Style.

W siedzibie NBP w dniach 12–13 czerwca 2010 miały miejsce Dni Otwarte. Okazały się bardzo potrzebne, przyciągnęły wielu ludzi dużą liczbą atrakcji, a przede wszystkim darmowych suwenirów. W sobotę i niedzielę pojawiły się całe rodziny. Możliwość nieskrępowanego spaceru po korytarzach najważniejszej instytucji finansowej w Polsce okazała się bardzo trafnym wyborem, jeśli chodzi o spędzanie wolnego czasu. Ponadto zaistniała sposobność do poszerzenia wiedzy na temat wielu aspektów działalności Narodowego Banku Polskiego oraz Europejskiego Banku Centralnego, zebrania ciekawych informacji o codziennych obowiązkach wielu pracowników, otrzymania ciekawych pamiątek, a także wykonania niecodziennych fotografii. Nie sposób wymienić wszystkiego, jednak czas tam spędzony z pewnością nikomu nie upłynął bezproduktywnie. To jednocześnie wycieczka w przeszłość polskiego pieniądza oraz wyprawa do przyszłości, np. dzięki informacjom o walucie Euro w Polsce.

Zauważyłem, że nie tylko goście, ale również niektórzy pracownicy, mieli w te dni okazję do zwiedzania budynku NBP. Zapewne w ciągu tygodnia pracy muszą ograniczyć się do przebywania tylko na jednym piętrze, dlatego też możliwość chodzenia po całym budynku okazała się być warta przybycia. Zwiedzającym, pochodzącym z zewnątrz, umożliwiono poruszanie się jedynie po niewielkim fragmencie całkowitej powierzchni NBP, jednak i to wymagało wytrwałości, niekiedy nawet również kondycji fizycznej i psychicznej. Jednak w razie potrzeby można było się zwrócić do członków Straży Bankowej, którzy chętnie wskazywali drogę.

Wszyscy pracownicy nosili tego dnia mniej eleganckie, jeśli słusznie podejrzewam, stroje. Armia w zielonych koszulkach z napisem ‘Narodowy Bank Polski’ miała bowiem inne niż zazwyczaj zadania. Część obsługiwała dwa „zabawowe” namioty, ustawione ku uciesze dzieci, w których najmłodsi odwiedzający mogli np. namalować stuzłotowy banknot. Kilka pań, w różnych miejscach, z uśmiechem na ustach roznosiło cieszące się ogromnym powodzeniem cukierki. Zresztą, uśmiechali się wszyscy. Przed głównym wejściem odbywał się konkurs. Nagrodami za poprawne odpowiedzi na pytania o NBP były koszulki ze zdjęciem posiadacza. Dodatkowo można było w tych dniach zwiedzić bibliotekę oraz specjalnie przygotowane wystawy, m. in. starych banknotów umieszczonych w szklanych gablotach oraz złotych sztab o wartości 5 mln złotych. Sporym zainteresowaniem cieszył się gabinet prezesa wraz z usytuowaną obok salą posiedzeń Rady Polityki Pieniężnej. NIEPRAWDĄ jest, iż istniała możliwość zajęcia, choćby na chwilę, fotela w gabinecie prezesa o czym informowano w radio. Bez przeszkód jedynie można było siadać w miejscu wyznaczonym dla szefa w sali posiedzeń. Na dziedzińcu czekała strzelnica oraz pokaz umiejętności Straży Bankowej. Oprócz wystaw ilustrujących zmiany wyglądu polskiego złotego na przestrzeni lat, jak również ekspozycji starych maszyn do liczenia, którym naturalnie zrobiono mnóstwo zdjęć, fotografowano się także w specjalnie przygotowanych miejscach. Jednym z nich była plansza z banknotami – wystarczyło wetknąć głowę, zrobić poważną minę i można było mieć fajną pamiątkę.

Naturalnie z Dni Otwartych nikt nie wychodził z pustymi rękami. Oprócz miłych wrażeń można było wynieść zarówno baloniki, długopisy, broszurki, jak również pamiątkowe monety oraz specjalny brykiet zmielonych, zużytych już banknotów. Każdy taki pakiecik, najczęściej będący kiedyś stuzłotówkami, miał niegdyś wartość 100 tys. złotych.

Zachęcam wszystkich do udziału w takiej imprezie. Z tego co wiem, z roku na rok standardowe pomysły są nieco modyfikowane, dlatego też do tej relacji za rok każdy mógłby dopisać kilka własnych zdań. Póki co, można jeszcze podziwiać wystawę, która znajduje się w okręgowym oddziale NBP w Warszawie.

Na koniec naszła mnie taka refleksja. Pan Marek Belka, wybrany na prezesa NBP 11 czerwca 2010 roku, nie zdążył jeszcze przyzwyczaić się do swojego nowego gabinetu, a już tysiące osób podeptało dywan tam się znajdujący.

Chełm

Jest w Polsce coś, co nawet u ludzi przyzwyczajonych do wygód i życia w rozmiarze “king size”, budzi podziw. Architektura. Nawet kapryśnych obcokrajowców potrafi zachwycić w naszym kraju nie tylko rolniczy, różnokolorowy krajobraz. Mamy również wspaniałe zamki i kościoły, liczące sobie po kilkaset lat.

W maju 2009 roku byłem w mieście, które mogę nazwać perłą Lubelszczyzny. Znajduje się na północ od Zamościa, na południowy wschód od Lublina oraz na południe od Białej Podlaskiej, w odległości 25 km od granicy z Ukrainą. Pod względem liczby ludności ustępuje w województwie lubelskim, do którego “powróciło” w 1999 roku, tylko stolicy województwa. Przez kilkanaście lat było stolicą województwa chełmskiego. W ciągu kilku spędzonych tam godzin udało mi się zobaczyć jedynie najważniejsze miejsca, znajdujące się w pobliżu Placu Łuczkowskiego. Chełm jest miastem wielokulturowym, w przeszłości był potężnym ośrodkiem w tej części Rzeczpospolitej. Znajdują się tu przykłady budownictwa sakralnego i świeckiego. Katolicy, prawosławni oraz żydzi mieli swoje budowle służące do celów religijnych. Do przedstawicieli różnych wyznań należało też kilka szkół. Ciekawostką jest to, że szkoły rywalizowały ze sobą o miano najlepiej przekazującej wiedzę. “Wypuszczały” w świat tak dobrze wyedukowanych ludzi, że w drugiej połowie XVI wieku kilku polskich dostojników, którzy pełnili najważniejsze urzędy w państwie, pochodziło z Chełma.

Tuż po wizycie w ośrodku informacji turystycznej odwiedziłem kościół Rozesłania św. Apostołów. Jest to jeden z najpiękniejszych kościołów w Polsce. Z zewnątrz nie jest zachwycający. W środku zaś ta późnobarokowa budowla kipi od złota, pełno w niej rzeźb i obrazów. Nawet sufit jest ozdobiony malowidłami – skojarzyło mi się to od razu z freskami w Kaplicy Sykstyńskiej. Jednym słowem kościół robi wrażenie.

Następnym etapem były podziemia kredowe. Przez kilkaset lat wydobywano tam kredę. Teraz opuszczone korytarze, wzmocnione i zabezpieczone, są atrakcją turystyczną. Trasa wiedzie pod miastem, a dokładnie pod ulicami Chełma, którymi nazwane są korytarze. Nie byłoby to nadzwyczajne miejsce, bo przecież jeszcze w kilku miastach są podobne podziemia, gdyby nie legendarny duch – Bieluch. Krąży sobie w podziemiach nawiedzając turystów, kiedy znajdują się w najniżej położonej “sali”. Nie jest to typ groźny; wręcz przeciwnie – lubi ludzi, chętnie spełnia ich najskrytsze marzenia. Mówi głosem silnym, lecz przyjaznym. Podczas jego wizyty obowiązywał zakaz fotografowania. Było ciemno, a ducha podświetlono tylko jednym reflektorem o barwie… fioletowej. Odwiedził jeszcze turystów w dalszej części trasy, aby zaprezentować zespół “The Bieluch Band”. Spacer po podziemiach uatrakcyjnił swoim wykładem przewodnik, z naprawdę dużą wiedzą.

Po krótkim odpoczynku na Placu Łuczkowskiego, gdzie znajduje się zrekonstruowana studnia miejska, ruszyłem dalej. Wobec faktu, iż cerkiew pw. św. Jana Teologa zastałem zamkniętą, wyruszyłem w kierunku Bazyliki NMP, która znajduje się, w otoczeniu kilku budynków, na wzniesieniu. Obok bazyliki jest m.in. dom pielgrzyma a także, u podnóża wniesienia, stary cmentarz żydowski. Wchodząc schodami mijałem rzeźby – stacje drogi krzyżowej. Niestety z powodów podobnych jak w przypadku cerkwi nie udało mi zobaczyć panoramy Chełma z tarasu widokowego. Mimo to ze wspomnianego już wzgórza widać całkiem sporo. Ciekawym obiektem jest cementownia. Poza tym widać kolorowe blokowiska i mnóstwo zieleni.

Moim zdaniem Chełm, to idealne miasto na weekendowy wypad. Oprócz zwiedzania nie brakuje tam oczywiście miejsc, w których można zjeść, wypić i pobawić się. Warto odwiedzić to miasto, aby nie wstydzić się później, że bywa się w celach turystycznych za granicą, a nie odkryło się uroku i piękna polskich miast.

Rzeszów 2005

Pierwsze mecze kadry Raula Lozano obejrzałem w telewizorze. Rozpoczynała się krótka, acz burzliwa, era Argentyńczyka. Reprezentacyjną sławę oraz honory przejmowało też powoli od starszych zawodników kilku siatkarzy pokolenia Mariusza Wlazłego i Michała Winiarskiego. Wtedy rozegrali niemal wszystkie mecze, w których stanowili o sile składu. Wysiłki oraz liczne zwycięstwa zaowocowały awansem do turnieju finałowego Ligi Światowej.

15 lipca 2005, kończąc oglądać seta numer 1, wygranego przez Estończyków, nie przypuszczałem jeszcze w jaki sposób spędzę dwa następne dni. VIP-owskie bilety wstępu na mecze Turnieju Kwalifikacyjnego do Mistrzostw Świata 2006 roku w piłce siatkowej stały się przedmiotem transakcji gotówkowej ze znajomą osobą. W ten sposób popołudnie 16 lipca spędziłem w podnieceniu na krótkich przygotowaniach, a na godzinę przed meczem stałem już przy niedawno wybudowanej hali Podpromie. Obiekt, mogący pomieścić kilka tysięcy osób, okazał się nieklimatyzowany. Za nawiew powietrza odpowiedzialni byli więc kibice wyposażeni w białe lub czerwone kartki.

Przemieszczając się po hali, szczególnie po strefie dla VIP-ów, zobaczyłem ludzi, którzy znani są kibicom siatkarskim ze szklanego ekranu. Trenerzy, zawodnicy oraz dziennikarze stali ode mnie na odległość kilku metrów. Młodego chłopaka zdziwiło to, że oni też muszą jeść, gasić pragnienie, lubią rozmawiać o przyziemnych sprawach, a niektórzy mają zmęczone twarze lub podkrążone oczy. Ubiorem nie różnią się od zwykłych ludzi. Na szczęście zupełnie nie zwracali na mnie uwagi. Dzięki temu mogłem się napatrzeć jak, stojąc w kilku grupach, witają się serdecznie z nowo przybyłymi znajomymi, jaką mają gestykulację i mimikę na co dzień. Próbowałem też usłyszeć cokolwiek z ich rozmów, jednak nie chciałem robić tego w sposób wścibski, toteż dolatywały mnie tylko strzępy zdań.

Każdego dnia, w owej strefie ograniczonego wstępu, stoły uginały się od ilości jedzenia. Wstyd mówić, ale chętnie rzuciłbym się na te ciasta i owoce niczym hiena. Oprócz tego nie brakowało mięsa i dań ciepłych – przynajmniej przez moment. O napojach nie wspominając, było tego dużo. Moja nieśmiałość spadła po namowach znajomych oraz obserwacji dużej ilości osób konsumujących. Szczególnie zaskoczył mnie fakt, że pewien posiadacz znanego siatkarskiego nazwiska nie odchodził od automatu z piwem.

Po pierwszym dniu polscy siatkarze mieli na koncie wygraną z Estonią. Bułgarzy nie dali rady Rosjanom. Ekipa Zorana Gajicia miała do rozegrania mecz z wybrańcami Lozano dopiero w niedzielę. Realnie patrząc, aby myśleć o awansie trzeba było pokonać bułgarskich zawodników, w których szeregach występowali Konstantinov, Kazijski oraz, zakontraktowany po tym turnieju przez Skrę Bełchatów, Ewgienij Ivanov. Bilans kilku ostatnich spotkań z Bułgarami był dla Polaków niekorzystny, jeszcze skromniej wyglądała liczba zwycięstw nad Rosją. Sporym szczęściem dla biało-czerwonej dwunastki było to, że spotkanie z Rosją, po ewentualnej porażce Bułgarii z naszą reprezentacją, miałoby tylko charakter sparingu.

Mecz był zacięty i na dobrym poziomie. Bardziej niż wygraną 3:1 pamiętam świetną atmosferę tego wieczoru. W niedzielę Bułgarom pozostało jedynie wygrać z Estonią i pojechać do Warny, aby na swoim terenie skorzystać z ostatniej możliwości kwalifikacji do MŚ.

Niedziela, 17 lipca 2005 roku, to było wielkie, siatkarskie święto. Gadżety w narodowych barwach, zdjęcia oraz autografy od sławnych osób, były dla mnie równie ważne jak sam mecz. Każda piosenka dopingująca polskich siatkarzy, a nade wszystko Mazurek Dąbrowskiego, sprawiała, że moje serce rosło. Takiego wzruszenia i poczucia jedności nie da się opisać. Tam trzeba być. Fantastyczne było też to, że po dwóch przegranych setach, nadzieja w kibicach wcale nie umarła. Lekkie rozluźnienie Rosjan pozwoliło Polakom doprowadzić do tie-breaka. Ostatecznie, po walce punkt za punkt, piąty set okazał się zwycięski dla rosyjskich siatkarzy. Polacy wzięli rewanż rok później, na ważnej imprezie, co cieszyło podwójnie.

Z meczów tych, oprócz pięknych wspomnień, wywiozłem osobistą refleksję dotyczącą kibiców. Gdy się przyodziewamy w narodowe barwy oraz zdzieramy gardła śpiewając, kiedy przybijamy sobie „piątkę” po udanej akcji, a podczas przerw w grze dostarczamy nieco chłodu spoconym zawodnikom – znikają troski i problemy. Z twarzy nie schodzi szczęśliwy uśmiech, myśli zaprzątnięte mamy tylko widowiskiem. Jest jeszcze jedna fantastyczna rzecz – to jedność. Biało-czerwona koszulka potrafi dużo zmienić. Człowiek oznacza w ten sposób siebie jako przyjaciela. Bo czy na co dzień nie czynią sobie Polacy, często dla przyjemności, różnych złośliwości? Czy nie odzywają się po chamsku do siebie nawzajem? Tutaj na hali sportowej, wokół niej i w pobliżu, nic takiego nie ma miejsca. Kiedy nadepnie się komuś na stopę lub zajmie jego miejsce, człowiek natychmiast naprawia swój błąd i mówi: „Wybacz, przyjacielu!”, a ten z uśmiechem odpowiada: „Bracie, nic nie szkodzi”. I wszystko jest dobrze, jest miło i przyjemnie. Łączy nas polska reprezentacja siatkarska. Bycie z nią podczas ważnych rozgrywek to służba i zaszczyt. Bycie polskim kibicem przecież zobowiązuje.

Swój podpis składa Marcin Prus

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.