Peschici

Jesień zjawiła się w tym roku już pod koniec sierpnia. Mając jednak nadzieję, że we wrześniu będzie jeszcze kilka dni słonecznych, wróciłem myślami do lata 2009. Spędziłem wtedy kilkanaście dni pod włoskim słońcem, w miejscowości Peschici.

Malowniczo położone na skale miasteczko znajduje się na półwyspie Gargano. Patrząc na mapę Włoch – kraju przypominającego kształtem but – łatwo odnaleźć ów półwysep. Leży on na północ od „obcasa”, tworząc „ostrogę”. Swoją drogą taki kształt ojczyzny zobowiązuje Włochów do lepszego występu na mundialu, ale może zmażą plamę na honorze podczas Euro 2012.

Wczasy namiotowe, dwieście metrów od plaży, to świetna forma wypoczynku. Było sporo fajnych ludzi, dlatego wieczorami rozrywki nie brakowało. Relaks 24 h na dobę. Samo otoczenie obozu opisałbym jako niezwykle ciekawe, ponieważ namioty stały w starym oliwnym gaju, w którym najstarsze drzewa mają ponad 300 lat.

Plenerowe zdjęcia do dzisiaj robią na mnie duże wrażenie. Skalne otoczenie oraz bujna roślinność śródziemnomorska to fantastyczny widok dla turystów. Samo Peschici wielkie nie jest, ma jednak swój urok. Zdecydowanie nie przypomina Manhattanu, brak tam biurowców ze szkła i żelbetonu. Wszędzie są za to stare kamieniczki, kościoły pamiętające dawne czasy włoskiego renesansu.

Z pewnością w takim typowym włoskim mieście, jakim jest Peschici, życie toczy się innym rytmem niż w Polsce. Na aktywność Włochów duży wpływ ma czas do najbliższego posiłku, ale przede wszystkim dobowa zmiana temperatury. Włochy są położone dość blisko równika, ciężki do zniesienia upał trwa przez kilka godzin, począwszy od południa. Dlatego też po obiedzie, który nie jest we Włoszech głównym posiłkiem, życie dosłownie zamiera. Wszystko jest pozamykane, a Włocha z domu wyciągnąć nie sposób nawet w przypadku pożaru. Jest to niestety szczera prawda, mam nawet zdjęcia spalonego lasu. Na nieszczęście ogień powstał w porze sjesty (zjawiska znanego w całym basenie Morza Śródziemnego, i nie tylko), strażacy natomiast, niemal z furią, rozpoczęli akcję gaszenia po zakończeniu drzemki (kto wpadnie w rytm życia typowy dla Włoch, ciężko mu potem nie robić sjesty u siebie w kraju). Znośna temperatura panuje wieczorem, dlatego wtedy życie przenosi się z plaży do miasteczka. Sklepy oraz zakłady usługowe są otwarte do późna, przez co o poranku niektórym Włochom również ciężko wstać. Turyści muszą zatem być uzbrojeni w cierpliwość i pogodzić się z faktem, że tak naprawdę zaczyna się coś dziać dopiero późnym popołudniem. Wracając do posiłków – wieczorem Włosi zbierają się całą rodziną przy suto zastawionym stole i ucztują. Jedzą i rozmawiają jak długo tylko chcą. Potem ewentualnie mogą iść jeszcze na spacer, lub pobawić się, oczywiście jeśli mają ochotę. Moim zdaniem najadanie się przed snem nie jest zbyt zdrowym podejściem. Takie bowiem podtrzymywanie rodzinnych więzi skutkuje rosnącą wagą, kiedy nie ma się sposobności do spalenia nadmiaru kalorii.

Kiedy byłem w Peschici, trafiłem akurat na święto miejskie. Z tego co pamiętam, wiązało się z patronem miasta. Wieczorem ulice były przystrojone bogatym oświetleniem. Przypominało mi to trochę takie wyidealizowane amerykańskie filmy o magii świąt Bożego Narodzenia. Jednego wieczora uczestniczyłem w paradzie. Tłum mieszkańców, zasilony przez turystów, przechodził ulicami miasta, grała orkiestra wśród ogólnej wesołości i zaciekawienia.

Oprócz handlu prowadzonego pod dachem, swoje towary (myślę, że pochodzenia chińskiego) rozkładali na otwartej przestrzeni Afrykanie. Stało ich mnóstwo, można było znaleźć u nich wiele rzeczy. Zupełnie przypominali mi tych, których widziałem w Wenecji lub przy Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Jednak Jarmark Europa, to już wspomnienie, a włoski handelek pewnie ma się całkiem dobrze.

Latem w Kraśniku wiele osób dla idiotycznego szpanu lub po prostu dla zabicia czasu, odpala skutery i jeździ po mieście z charakterystycznym, denerwującym pierdzeniem. We Włoszech jest to wśród młodzieży jeszcze bardziej popularne. Wieczorem wolałem się nie zapuszczać w mniej uczęszczane uliczki, bo można tam spotkać młodocianą mafię na owych „pierdafonach”, a czarnoskórym czasem nie warto wchodzić w drogę na obcym sobie terenie – przynajmniej ja takie pogłoski słyszałem.

Podczas krótkiego speceru na plażę mijałem taką "farmę".

Podczas krótkiego speceru na plażę mijałem taką "farmę".

Polecam wakacje we Włoszech, choć z pewnością niektórzy Włosi mogą dać się wydać mało sympatyczni. Jednak nigdzie nie jest doskonale. Tam przynajmniej pogoda i kuchnia dopieszczą turystę.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.