Tango z PZPS

Wszystkie zainteresowane strony wykonały tyle ruchów, że mnie przypomina to właśnie tango, taniec kochanków (nienawidzących się i miłujących zarazem). Niestety, na biało-czerwonym parkiecie Daniel Castellani „połamał sobie nogi”.

Sprawa ma mnóstwo wątków, jednak nie udało się ustalić dlaczego polska reprezentacja rok po najlepiej w swojej historii rozegranym turnieju (i pierwszym złocie ME w 2009) zajęła najgorsze miejsce w mistrzostwach świata.

Nastąpiła powtórka z rozrywki. Drugi już Argentyńczyk w ciągu 365 dni najpierw był w Polsce bogiem, a potem przestano go powszechnie czcić. Jednak w roku 2007 Raul Lozano zachował posadę, głównie dzięki sile swoich argumentów. Read more of this post

Włoska robota

Niektórzy kibice, dziennikarze oraz zawodnicy i trenerzy już od początku włoskich mistrzostw świata czuli niesmak wobec przeforsowanego przez gospodarzy systemu rozgrywek. Ewidentnie został wymyślony pod takie reprezentacje jak Italia, którym zdarzają się duże wahania formy, a jednocześnie potrafią się skupić na najważniejszych meczach. Jawną niesprawiedliwością jest anulowanie w kolejnych rundach wyników osiąganych we wcześniejszych fazach. Moim zdaniem mistrz świata powinien być wyłoniony spośród zespołów, które odnosiły w turnieju same zwycięstwa.

Niesprawiedliwy system rozgrywek powoduje, że tłumnie zgromadzeni na halach kibice muszą oglądać czasem takie mecze, jak pojedynek Bułgarii z Brazylią 2 października. Europejski zespół wystąpił w rezerwowym składzie. Natomiast Brazylijczycy wystawili z podstawowej „7” aż czterech zawodników. Wystąpiło natomiast dwóch atakujących, z których jeden miał za zadanie rozgrywać (czy ktoś wyobraża sobie Miljkovicia lub Wlazłego na rozegraniu?). Żal mi, że mecz ten firmowany był przez nazwiska brazylijskich gwiazd, takich jak Giba, Dante czy Vissotto. Takie spotkanie to całkowita antyteza siatkówki. Trybuny ostentacyjnie manifestowały swoje niezadowolenie. Część publiczności pokazywała plecy siatkarzom brazylijskim. Canarinhos psuli zabawę wszystkim poprzez swoje negatywne nastawienie. Read more of this post

Katowice 2007

Katowicki Spodek w całej okazałości.

Katowicki Spodek w całej okazałości.

Siatkarski rok 2007 zapamiętany zostanie jako kolejny początek regresu wykonanego przez reprezentację Polski w tym sporcie. Tuż po udanych mistrzostwach świata w Japonii zapanowała euforia. Błyskawicznie zapomniano o nieudanym finale, a wspaniała dwunastka, wraz z trenerem Raulem Lozano, dumnie mogła wpisać w swoje CV srebrny medal mistrzostw świata. Każdy mecz Polskiej Ligi Siatkówki był okazją do wręczenia osrebrzonym siatkarzom pamiątek – dowodów miłości i uznania od polskiego środowiska siatkarskiego.

Od czwartego kwartału 2006 roku uwierzono, że tylko świetna reprezentacja Brazylii, z którą Polacy rozgrywali za każdym razem wyrównane mecze – i to już od IO 2004, jest w stanie zagrozić siatkarzom Lozano. Oprócz mitu Argentyńczyka, w ostatnich latach wyrósł mit polskiego kibica – najlepszego na świecie. Wielu zagranicznych gości uwierzyło w te pogłoski, kiedy mieli okazję sami się przekonać. Zaowocowało to przyznaniem Polsce organizacji wielu siatkarskich imprez międzynarodowych, w tym turnieju finałowego Ligi Światowej – Final Six. Oprócz gospodarzy, którzy zajęli w swojej grupie I miejsce, do Katowic przybyli Bułgarzy, Rosjanie, Amerykanie, Francuzi i oczywiście wielka Brazylia. Biało-czerwoni w pierwszym w swojej grupie meczu zagrali z Francuzami i odnieśli trudne zwycięstwo 3:2. Cała drużyna zagrała dobrze i pokazała, że jest mocna. Następnego dnia USA pokonały Francję i wraz z Polską miały zapewniony półfinał. W bezpośrednim meczu nasi pokonali amerykańskich siatkarzy, którzy po zimnych kalkulacjach odpuścili ten mecz po to, by w półfinale trafić na teoretycznie słabszą Rosję. Wyliczenia okazały się skuteczne, ale i tak Rosja znalazła się w półfinale. W drugiej grupie trzy zespoły odniosły po jednym zwycięstwie. Brazylijczycy okazali się zespołem do ogrania. Po tie-breaku sztuki tej dokonali Bułgarzy. Jednak, po porażce z Rosją i po wygranej Brazylii nad Sborną, mieszkańcy Bałkanów wracali do domu. Canarinhos pokazali charakter i po walce pokonali Polskę 3:1. w finale po raz drugi nie dali rozwinąć skrzydeł Rosjanom. Natomiast kadrowicze Lozano powtórzyli swój najlepszy wynik i, tak jak w 2005 roku, zajęli 4. miejsce.

Możliwość znalezienia się w Spodku otrzymałem dzięki temu samemu przyjacielowi, który zaoferował wyjazd do Rzeszowa dwa lata wcześniej. Półfinały i mecze o pozycje medalowe obejrzałem więc na żywo. Z braku czasu nie zarezerwowane zostały noclegi, dlatego też zaznałem wtedy, oprócz emocji siatkarskich, również życia w stylu harcerza, ewentualnie włóczykija.

Hala w Spodku, jeszcze wtedy nieklimatyzowana, pomieściła 11 tysięcy kibiców. Była świetna atmosfera i doping, za co podziękował Piotr Gruszka po ostatnim spotkaniu.

 

Do hymnu! Amerykanie i Polacy przed meczem o 3. miejsce. Odgrywany jest hymn USA.

Do hymnu! Amerykanie i Polacy przed meczem o 3. miejsce. Odgrywany jest hymn USA.

Po roku amerykańska ‘7’, w składzie: William Priddy, David Lee, Tom Hoff, Riley Salmon, Richard Lambourne, Lloy Ball oraz Clayton Stanley, zwyciężyła w Lidze Światowej oraz Igrzyskach Olimpijskich. W następnym roku wiele krajów dokonało poważnych zmian w składach oraz sztabach szkoleniowych. Niektóre reprezentacje potrafiły zrobić to niemal bezboleśnie i ich gra wygląda od lat bardzo dobrze. Najbardziej nie mogą się po tych zmianach otrząsnąć właśnie Amerykanie.

Po Lidze Światowej odbyły się, w Moskwie i Sankt Petersburgu, Mistrzostwa Europy. Pierwsze miejsce zajęli w nich Hiszpanie, w finale pokonując Rosjan. Na tej imprezie polscy siatkarze wprawili w konsternację wszystkich kibiców nad Wisłą. 11. miejsce pół roku przed olimpiadą, to był wynik określany jako totalna kompromitacja. Starsi o rok wicemistrzowie świata zaprezentowali się gorzej od takich „potęg” siatkarskich jak Belgia i Finlandia. W następnym roku pokazali, że skutecznie potrafi z nami rywalizować Czarnogóra oraz Estonia. Spowodowało to spadek uwielbienia dla Raula Lozano. Jego zachowanie wobec Polaków także sprawiło, że czar prysł, a po jego wyjeździe wszyscy odetchnęli z ulgą.

Pamiątkowa, wspólna fotografia z Ryszardem Boskiem.

Pamiątkowa, wspólna fotografia z Ryszardem Boskiem.

W katowickim Spodku panowała bardzo wysoka temperatura.

W katowickim Spodku panowała bardzo wysoka temperatura.

Rzeszów 2005

Pierwsze mecze kadry Raula Lozano obejrzałem w telewizorze. Rozpoczynała się krótka, acz burzliwa, era Argentyńczyka. Reprezentacyjną sławę oraz honory przejmowało też powoli od starszych zawodników kilku siatkarzy pokolenia Mariusza Wlazłego i Michała Winiarskiego. Wtedy rozegrali niemal wszystkie mecze, w których stanowili o sile składu. Wysiłki oraz liczne zwycięstwa zaowocowały awansem do turnieju finałowego Ligi Światowej.

15 lipca 2005, kończąc oglądać seta numer 1, wygranego przez Estończyków, nie przypuszczałem jeszcze w jaki sposób spędzę dwa następne dni. VIP-owskie bilety wstępu na mecze Turnieju Kwalifikacyjnego do Mistrzostw Świata 2006 roku w piłce siatkowej stały się przedmiotem transakcji gotówkowej ze znajomą osobą. W ten sposób popołudnie 16 lipca spędziłem w podnieceniu na krótkich przygotowaniach, a na godzinę przed meczem stałem już przy niedawno wybudowanej hali Podpromie. Obiekt, mogący pomieścić kilka tysięcy osób, okazał się nieklimatyzowany. Za nawiew powietrza odpowiedzialni byli więc kibice wyposażeni w białe lub czerwone kartki.

Przemieszczając się po hali, szczególnie po strefie dla VIP-ów, zobaczyłem ludzi, którzy znani są kibicom siatkarskim ze szklanego ekranu. Trenerzy, zawodnicy oraz dziennikarze stali ode mnie na odległość kilku metrów. Młodego chłopaka zdziwiło to, że oni też muszą jeść, gasić pragnienie, lubią rozmawiać o przyziemnych sprawach, a niektórzy mają zmęczone twarze lub podkrążone oczy. Ubiorem nie różnią się od zwykłych ludzi. Na szczęście zupełnie nie zwracali na mnie uwagi. Dzięki temu mogłem się napatrzeć jak, stojąc w kilku grupach, witają się serdecznie z nowo przybyłymi znajomymi, jaką mają gestykulację i mimikę na co dzień. Próbowałem też usłyszeć cokolwiek z ich rozmów, jednak nie chciałem robić tego w sposób wścibski, toteż dolatywały mnie tylko strzępy zdań.

Każdego dnia, w owej strefie ograniczonego wstępu, stoły uginały się od ilości jedzenia. Wstyd mówić, ale chętnie rzuciłbym się na te ciasta i owoce niczym hiena. Oprócz tego nie brakowało mięsa i dań ciepłych – przynajmniej przez moment. O napojach nie wspominając, było tego dużo. Moja nieśmiałość spadła po namowach znajomych oraz obserwacji dużej ilości osób konsumujących. Szczególnie zaskoczył mnie fakt, że pewien posiadacz znanego siatkarskiego nazwiska nie odchodził od automatu z piwem.

Po pierwszym dniu polscy siatkarze mieli na koncie wygraną z Estonią. Bułgarzy nie dali rady Rosjanom. Ekipa Zorana Gajicia miała do rozegrania mecz z wybrańcami Lozano dopiero w niedzielę. Realnie patrząc, aby myśleć o awansie trzeba było pokonać bułgarskich zawodników, w których szeregach występowali Konstantinov, Kazijski oraz, zakontraktowany po tym turnieju przez Skrę Bełchatów, Ewgienij Ivanov. Bilans kilku ostatnich spotkań z Bułgarami był dla Polaków niekorzystny, jeszcze skromniej wyglądała liczba zwycięstw nad Rosją. Sporym szczęściem dla biało-czerwonej dwunastki było to, że spotkanie z Rosją, po ewentualnej porażce Bułgarii z naszą reprezentacją, miałoby tylko charakter sparingu.

Mecz był zacięty i na dobrym poziomie. Bardziej niż wygraną 3:1 pamiętam świetną atmosferę tego wieczoru. W niedzielę Bułgarom pozostało jedynie wygrać z Estonią i pojechać do Warny, aby na swoim terenie skorzystać z ostatniej możliwości kwalifikacji do MŚ.

Niedziela, 17 lipca 2005 roku, to było wielkie, siatkarskie święto. Gadżety w narodowych barwach, zdjęcia oraz autografy od sławnych osób, były dla mnie równie ważne jak sam mecz. Każda piosenka dopingująca polskich siatkarzy, a nade wszystko Mazurek Dąbrowskiego, sprawiała, że moje serce rosło. Takiego wzruszenia i poczucia jedności nie da się opisać. Tam trzeba być. Fantastyczne było też to, że po dwóch przegranych setach, nadzieja w kibicach wcale nie umarła. Lekkie rozluźnienie Rosjan pozwoliło Polakom doprowadzić do tie-breaka. Ostatecznie, po walce punkt za punkt, piąty set okazał się zwycięski dla rosyjskich siatkarzy. Polacy wzięli rewanż rok później, na ważnej imprezie, co cieszyło podwójnie.

Z meczów tych, oprócz pięknych wspomnień, wywiozłem osobistą refleksję dotyczącą kibiców. Gdy się przyodziewamy w narodowe barwy oraz zdzieramy gardła śpiewając, kiedy przybijamy sobie „piątkę” po udanej akcji, a podczas przerw w grze dostarczamy nieco chłodu spoconym zawodnikom – znikają troski i problemy. Z twarzy nie schodzi szczęśliwy uśmiech, myśli zaprzątnięte mamy tylko widowiskiem. Jest jeszcze jedna fantastyczna rzecz – to jedność. Biało-czerwona koszulka potrafi dużo zmienić. Człowiek oznacza w ten sposób siebie jako przyjaciela. Bo czy na co dzień nie czynią sobie Polacy, często dla przyjemności, różnych złośliwości? Czy nie odzywają się po chamsku do siebie nawzajem? Tutaj na hali sportowej, wokół niej i w pobliżu, nic takiego nie ma miejsca. Kiedy nadepnie się komuś na stopę lub zajmie jego miejsce, człowiek natychmiast naprawia swój błąd i mówi: „Wybacz, przyjacielu!”, a ten z uśmiechem odpowiada: „Bracie, nic nie szkodzi”. I wszystko jest dobrze, jest miło i przyjemnie. Łączy nas polska reprezentacja siatkarska. Bycie z nią podczas ważnych rozgrywek to służba i zaszczyt. Bycie polskim kibicem przecież zobowiązuje.

Swój podpis składa Marcin Prus

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.