Zakończył się mundial.
Została pustka. Nie będzie odczuwana od razu, gdyż najbliższe tygodnie będą wypełnione analizami, podsumowaniami, rankingami i ogólną dyskusją. Jednak już po niedługim czasie niektórzy kibice piłki nożnej na całym świecie poczują się tak, jakby opuścił ich drogi przyjaciel. Był z nimi przez cały miesiąc, czasem nawet trzy razy dziennie, nie liczyło się nic oprócz niego. Rozpalał emocje i wyobraźnię, niektórym mocniej, innym mniej. Z tym nowym domownikiem nikt nie miał żadnych szans. O godzinie dwudziestej każdego dnia koty i psy, córki, teściowe i matki, żony i kochanki, przestawały mieć znaczenie. Ważne było berło – pilot od telewizora. Wraz z innymi akcesoriami, takimi jak przekąski, skrzynka piwa oraz inne samce zaprzyjaźnione z panem domu.
Finału mistrzostw świata nie są w stanie przyćmić żadne wigilie, sylwestry ani urodziny. W wielu mieszkaniach przez miesiąc był dom wariatów, szczególnie jeśli grała akurat ukochana reprezentacja (w Polsce ten kłopot mieliśmy z głowy). Niby jest tak samo przez cały rok, bo istnieje Liga Mistrzów, jednak co cztery lata jest coś wyjątkowego w kibicowaniu. Pisząc o małym psychiatryku, mam na myśli to zbiorowe szaleństwo. Popatrzmy, panowie, na siebie z boku – kto normalny, siedząc w domu, zakłada piłkarską koszulkę, nierzadko również szalik, i błędnym wzrokiem patrzy na telewizor w taki sposób, jakby chodziło o życie lub śmierć. Jedyne czego jeszcze potrzeba do funkcjonowania, to napoje i jedzenie, a najlepiej jakby lodówka znajdowała się w tym samym pomieszczeniu – potem przeniesie się ją na powrót do kuchni. Jeść i pić można, ale tak, żeby nie chodzić co chwila do łazienki i nie przegapić żadnej bramki.
Z pewnością w wielu krajach wydarzenia okołomundialowe zastępowały niektórym kibicom życie codzienne. Mimo tego, że żyję na tym świecie dopiero dwudziesty drugi rok, polityką jestem skrajnie znudzony. Dlatego też bardzo starałem się, aby wiadomości o kampanii wyborczej docierały do mnie w minimalnym procencie. Wszelkie wystąpienia telewizyjne natychmiast wyłączałem. Ograniczyłem się do skorzystania z przysługującego mi prawa, i oddałem głos w obu turach. Przyznam, że dzięki stacjom muzycznym i sportowym, w ograniczonym stopniu zasięgam informacji o tym, co dzieje się aktualnie na świecie. Rzadko zaprzątały też moje myśli wiadomości dotyczące powodzi, jako że sam jej nie doświadczyłem. Natomiast z największym zainteresowaniem śledziłem postępy Roberta Kubicy, siatkarską Ligę Światową, transfery w Plus Lidze oraz doniesienia futbolowe.

W stroju Barcelony, produkowanym jeszcze wtedy przez Kappę - aktualnie firmę niszową na rynku.
Moje typy dotyczące zwycięzców opierałem na podstawie doniesień z ligowych boisk, a przede wszystkim sympatii do dwóch europejskich gigantów. Pierwszym z moich ulubionych klubów jest Juventus Turyn. Gra w nim mój ulubiony piłkarz, Alex Del Piero. Śledzę jego losy od ponad dekady. Moje najwcześniejsze wspomnienia piłkarskie to World Cup 1998 we Francji. A także panująca wcześniej w Europie moda na Juventus, który trzy razy z rzędu grał w finale Pucharu Europy, wygrywając niestety tylko raz. Miałem wielki plakat Alessandro w biało-czarnej koszulce. Dynamiczna poza, lwia grzywa czarnych jak węgiel włosów oraz wzrok skupiony na futbolówce – jakże nie miałem uważać go za bohatera? Jednak sympatię do włoskiego klubu znacznie przewyższała miłość do FC Barcelony. A obok Del Piero wirtuozem był dla mnie Rivaldo. To był niewątpliwie ktoś. Wtedy jeszcze nie zapoznałem się z całą historią futbolu. Nie wiedziałem kto to jest Pele, Maradona, Cruyff, Puskas, Deyna, van Basten czy Eusebio. Ci piłkarze do dziś pozostają dla mnie trochę mityczni, niczym greccy herosi. Łatwiej mi opowiadać o grze Figo, Ronaldo, Beckhama, Ronaldinho, Hagiego, Stoiczkowa, Guardioli, Bergkampa, Ballacka, Sukura i innych, bardziej współczesnych gwiazd. Jest mi po prostu bliższe to, co sam miałem okazję zobaczyć. I dlatego najlepszym piłkarzem ostatnich piętnastu lat jest dla mnie… Zinedine Zidane. Jego technika była wspaniała. Read more of this post
Najnowsze komentarze